fbpx
Czas wolny

„Tworzenie daje siłę” – rozmowa z Weroniką Kowalską

"Do dna" w reż. E. Kai, fot. Bartek Cieniawa

Gdybym na początku postawiła tezę, że dziewczyna pracowita, szczera, otwarta, ciepła, z sercem na talerzu, może być w życiu, kim chce. Zgodziłabyś się?

Weronika Kowalska: Tak.

A gdy powiem, że tak właśnie Cię postrzegam?

WK: Miło mi (śmiech). 

Mam wrażenie, że zostałaś aktorką i piosenkarką, bo tak po prostu chciałaś i już. 

WK: Ciekawe, że o tym mówisz, bo aktualnie uczestniczę warsztatach „Tak brzmi miasto”. To półroczny kurs dla wschodzących zespołów muzycznych i menadżerów, czyli dla wszystkich, którzy chcą poznać tajniki dotyczące brandingu, sprzedaży, organizacji koncertów, autopromocji, prowadzenia social mediów itd. I właśnie wczoraj mieliśmy wykład, którego zdaniem podsumowującym było, aby bezczelnie marzyć i nieustannie kreować siebie i swoją przyszłość. 

I o czym marzycie?

WK: Na warsztatach spotykam wielu ludzi podobnych do mnie, którzy tworzą muzykę, grają, komponują, piszą i poszukują porozumienia z odbiorcą. Wielu z nich dopiero zaczyna. Każdy jest niesamowicie utalentowany i każdego z nich podziwiam za to, że chce wziąć odpowiedzialność za swoją twórczość i skonfrontować ją z odbiorcą. 

“Do dna” w reż. E. Kaim
od lewej: Jan Marczewski, Agnieszka Kościelniak, Weronika Kowalska, Dominika Guzek, Łukasz Szczepanowski
fot. Bartek Cieniawa

Swoje pierwsze próby wrzucają do sieci. Gdy tak rozmawiamy, to myślę, że dla mnie jest to najlepsza droga, bo nie muszę borykać się ze stresem, jaki odczuwałabym uczestnicząc, np. w talent show. Tam, poza prezentacją swoich umiejętności, trzeba też działać szybko, w presji czasu i oczekiwań innych. A gdy nie dostaniesz się do następnego etapu, musisz wytłumaczyć się swoim znajomym. Choć rozumiem, że dla wielu to też jest interesująca droga, dla siebie dostrzegam w niej wiele pułapek. Pierwszą jest to, że w takim programie trudno byłoby mi zaprezentować wizję siebie. Widziałabym to jako realizację wizji jakiejś mnie, ale wyjętej z głowy producenta. A dla mnie to już nie to samo. Zadałam sobie pytanie: czy chcę być sobą, czy produktem branży muzycznej? Oczywiście jeden wybór nie jest lepszy od drugiego – po prostu są to różne drogi, ale mam świadomość, że moje decyzje wiążą się z pewnymi konsekwencjami. Zdarza się też, że realizuje się obie ścieżki – jedną po drugiej. Takimi przykładami są Monika Brodka i Dawid Podsiadło. Zaczęli od udziału w talent show, ale przez to, że mieli coś do powiedzenia, mogli się oddzielić od oczekiwań innych i stać się na rynku muzycznym sobą. 

Jesteś też zawodową aktorką. Dlaczego wybrałaś taki zawód? 

WK: Gdy byłam mała, mieliśmy sąsiadkę chorą na Alzheimera, którą opiekowała się moja babcia. Bardzo jej współczułam. Kiedyś przeczytałam w jakimś brukowcu, że aktorzy nie chorują na Alzheimera. Dlatego postanowiłam zostać aktorką. Długo byłam uczepiona tej myśli, aż w końcu okazało się, że uwierzyłam w bzdury. Ale już wtedy byłam głęboko w swoim postanowieniu bycia aktorką (śmiech). Mówiąc serio, aktorstwo po prostu też łączyło ze śpiewaniem. U nas w rodzinie zawsze się na czymś grało, dużo się śpiewało… Z całym moim rodzeństwem należeliśmy do Orkiestry Dętej Ochotniczej Straży Pożarnej w Trąbkach.  A ponieważ ja miałam – jak to się mówi – dryg do tego, sięgałam po różne instrumenty. 

Na czym grałaś?

WK: Najpierw na klarnecie w stroju b, potem na klarnecie w stroju s, a na końcu przerzuciłam się na saksofon altowy. 

Grasz jeszcze na skrzypcach, słyszałam. 

WK: Tak, bo potem otworzyli w Garwolinie szkołę muzyczną, do której zapisałam się w te pędy. Moja koleżanka miała skrzypce, ale na nich nie grała, więc moim rodzicom udało się je w dobrej cenie odkupić. I tak to było… aż do studiów.

No właśnie. Po tym przygotowaniu artystycznym wybrałaś…

WK: Resocjalizację. 

Dlaczego?!

WK: Bo zawsze interesował mnie człowiek. 

Wierzysz w resocjalizację?

WK: Wierzę.

To czemu nie działa?

WK: Nie uważam, że nie działa, ale jest niewydolna, bo brak pieniędzy, przeludnienie w zakładach karnych, brak specjalistów, mało kto chce pracować w tym trudnym zawodzie, bo płace są bardzo niskie. Jednakże jeśli na sto osób jedną da się naprawić poprzez resocjalizację, to oznacza to dla mnie, że ona działa. 

Jak to się stało, że z resocjalizacji przeskoczyłaś do aktorstwa?

WK: Pisałam pracę dyplomową z twórczej resocjalizacji, a dokładnie o resocjalizacji poprzez teatr. Odbywałam praktyki w zakładzie karnym i bardzo mi się to podobało. Jednocześnie musiałam z tego zrezygnować, bo akurat pech chciał, że tego roku, w którym się broniłam, dostałam się do szkoły teatralnej (śmiech). Pomógł mi w tym bardzo Jarosław Boberek, który pomógł mi przygotować się do egzaminów.

fot. Robert Kruk (koncert w Teatrze Ludowym)

Jak wyglądały te przygotowania?

WK: To bardzo zabawna historia. On do mnie przyjeżdżał, bo tak było łatwiej. Kiedyś spytałam go, ile mam mu płacić, to powiedział: „Nie stać cię na mnie”. Więc postanowiłam odwdzięczyć się, gotując obiady. Najczęściej była to zapiekanka z serem i z kiełbasą. Uważałam wtedy, że moje umiejętności kulinarne są naprawdę imponujące. Jarek zawsze doceniał moje kulinarne wyczyny albo nie chciał, żeby zrobiło mi się przykro. W każdym razie nigdy nie wziął ode mnie grosza. Przygotowywałam teksty i przede wszystkim rozmawialiśmy. Liczyłam na to, że dostanę się do Wrocławia, bo on tam studiował, ale los zrzucił mnie do Krakowa i oto jestem.

To opowieść o bardzo pewnej siebie dziewczynce. Miałaś oparcie w bliskich? Wspierali Twoje wybory?

WK: Tak, było oparcie w bliskich, ale wtedy nie czułam się wcale silna. Dużo było we mnie niepewności, braku wiary we własną sprawczość. Mój tata mnie bardzo dopingował. Kiedyś, gdy zobaczył, jak sprawdzam nieśmiało strony szkół teatralnych, powiedział, że trzeba iść za marzeniami i że da mi na spełnienie ich wszystko, co tylko ma. Nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, jak wiele siły i motywacji dostałam. Dziś to bardzo doceniam. 

fot. Tomasz Cichocki (“Pipi” w reż. Maćko Prusaka, Weronika Kowalska i Robert Ratuszny)

Wsparcie i wiara bliskich w nasze marzenia okazują się często prostą drogą do ich spełnienia.

WK: Dokładnie tak było w moim przypadku. Poza rodziną mam też wielu przyjaciół, którzy mnie wspierali. Miałam też tę wewnętrzną determinację, o której wspomniałaś na początku. Na pewnym etapie widziałam już, kim chcę być i koniec. A imałam się różnych prac – od oprawy muzycznej na ślubach, po hutę szkła w Trąbkach. 

Co tam robiłaś?

WK: To było miejsce, w którym zatrudniony był mój tata. Jak się dowiedział, że jego córka pracuje w sortowni, to nie był zadowolony. 

A dlaczego mu nie powiedziałaś?

WK: Bo wiedziałam, że się nie zgodzi, a ja, mimo że byłam bardzo młoda, chciałam mieć swoje pieniądze. 

A jak się czujesz jako dorosła już kobieta, żyjąca we współczesnej Polsce?

WK: Im więcej nabieram doświadczenia w byciu i w pracy z ludźmi, tym więcej zauważam. Dotyczy to traktowania kobiet w ogóle. Pomijam już kwestię protestów, które przetoczyły się przez Polskę. Sama brałam w nich udział i zgadzam się z wieloma postulatami, które tam były podnoszone. Ale muszę zaznaczyć jedno. Myślę, że nie bez znaczenia jest to, że wychowałam się w bardzo męskim gronie. Mam trzech braci. Mój tata też miał samych braci. Odkąd pamiętam, wszędzie było pełno facetów. Nie jest to może wielka sprawa, ale ja sobie z nimi zawsze bardzo dobrze radziłam i to też świat, który mnie nigdy nie skrzywdził. 

fot. Andrzej Bogusz (Weronika z braćmi – Rafał Kowalski, Łukasz Kowalski, Piotr Kowalski i Weronika Kowalska)

To chyba rzadkie wychować się w Polsce, w męskim otoczeniu, i jednocześnie w środowisku całkowicie nieprzemocowym.

WK: Rzadkie, ale się da. Nie każdy facet jest przemocowcem, tak samo, jak nie każdy ksiądz musi być pedofilem. Powiem ci, że nie wiem, czy żyłam w jakiejś bańce nieświadomości, ale nie doświadczyłam niczego złego czy podejrzanego ze strony przedstawicieli płci brzydkiej. Jako nastolatka słyszałam już o różnych formach przemocy, szowinizmu albo mizoginii, ale mnie to szczęśliwie omijało. Nie nauczyłam się też brać do siebie męskiej krytyki. Jedną sytuację pamiętam, gdy miałam z 15 lat. Jeden z panów poprosił mnie do tańca i zaczął się do mnie dobierać. Natychmiast się wyrwałam i poszłam do mojego brata na skargę. No i mój brat z nim porozmawiał. Ten człowiek więcej się do mnie zbliżył. Ale ważne, że zapamiętałam, że nie wzięłam tego do siebie. To mnie nie zamknęło, nie zablokowało, tylko po prostu zezłościło. Nie miałam też w głowie takich narzędzi, które nazwałyby to po imieniu. Raczej pojawiło mi się: „Uważaj sobie!”. 

Współcześnie zrobił się z tego typu zachowań dyskurs. Kiedyś było to po prostu częścią naszej rzeczywistości. Też nie patrzyłam w ten sposób. 

WK: Tak, dokładnie, ale pomyślałam teraz o tym, jak bardzo pewne schematy, które nas kształtują, potem powielamy w życiu dorosłym. Jestem aktualnie w dwóch zespołach. Jeden z nich to Werusha, w którym piszę i śpiewam, zresztą zachęcona przez ciebie i jednego mojego kolegę z zespołu. No i właśnie – w tym zespole pracuję z trzema chłopakami w wieku moich braci. 

Czyli koło czterdziestki. 

WK: Tak. Bardzo dobrze dogaduję z ludźmi z roczników o dekadę starszych, ponieważ się wśród nich wychowałam. Klimat pocztówki na Walentynki, Mniej niż zero, jeansy Levisa kupione za pierwszą wypłatę w hucie, rower z giełdy za roczne kieszonkowe, balony z wodą z balkonu, kaseta magnetofonowa przewijana ołówkiem itd. Zdarza nam się komunikacja, którą słuchacz z boku mógłby odebrać za „nie do przyjęcia”, ale ponieważ nikt nie jest w niej ofiarą i jest pełna zgoda wszystkich na pewnego rodzaju żarty, to ma ona charakter równościowy. 

A co jest bliższe Twojemu sercu – śpiew czy aktorstwo?

WK: Jeśli chodzi o aktorstwo, ale nie mam ambicji. Nie mam tak, że marzę o jakiejś roli czy o współpracy z jakimś konkretnym reżyserem. 

Ale odnosisz sukcesy w tym zawodzie.

WK: Po prostu pracuję w teatrze. Na tyle z powodzeniem, że nikt mnie nie chce z niego zwolnić ani nie narzekam na brak zajęć. 

Fot. Natalia Orkisz
, od lewej: Jan Marczewski, Agnieszka Kościelniak, Weronika Kowalska, Dominika Guzek, Łukasz Szczepanowski

To trochę topika afektowanej skromności. 

WK: Nie czuję się gwiazdą, tylko chodzę do pracy. Pracuję też w szkole, uczę piosenki w krakowskiej AST, co mi daje bardzo dużo satysfakcji i ciągłą łączność z muzyką. Takie dwa w jednym – muzyka w szkole teatralnej. Bardzo lubię pracę pedagogiczną. Poznawanie młodych ludzi i szukanie klucza porozumienia z nimi jest czymś fantastycznym, nieustannym odświeżaniem twardego dysku. Wracając do mojego aktorstwa, to na pewno nie chciałabym  nigdy go stracić, bo jest dla mnie ważne, ale jeśli mówimy o ambicjach i marzeniach, to tym jest dla mnie muzyka. Nie muszę grać wielkich koncertów. Wystarczy mi małe grono odbiorców, ale takich, do których dociera moja stylistyka – chodzi po prostu o kontakt z muzyką i możliwość dzielenia się nią z przyjemnością. 

To opowiedz więcej o swoich aktualnych muzycznych projektach. 

WK: Większość materiału jest w moich prywatnych archiwach, ale pracujemy nad tym, by ujrzał niebawem światło dzienne. Tym, co można już zobaczyć, jest zespół, który współtworzę z Ewą Rucińską – DIC. ABC (Dziewczyny i Chłopaki. Ale bez Chłopaków). To jest projekt, który zaczął się od żartu. Zaczęłyśmy wrzucać do Sieci filmiki z piosenkami, które pisałyśmy na kolanie w krótkim czasie. Wszystkie dotychczasowe piosenki w żartobliwy sposób podejmują temat rozstania i wszystkich związanych z nim dramatów. 

I zażarło w mig, gdyż wszyscy znamy te historie z autopsji. 

WK: Tak. Jest spore zainteresowanie tym duetem, mimo że piosenki nagrywane są z ręki i z kamery ustawionej na drabinie. Po feedbacku, jaki dostajemy, czuję, że wyszło nam coś ku pokrzepieniu serc. Myślę, że żart zawarty w tych utworach pozwala spuścić powietrze z tych trudnych momentów rozstań, których większość z nas przecież choć raz doświadczyła. 

A drugi skład?

WK: Drugi skład to Werusha, gdzie oprócz mnie, są też: Maciej Salus (współautor kompozycji, gitara, tamburica), Marcin Chatys (gitara basowa, kontrabas), Szymon Piotrowski (perkusja, efekty, studio). Nagraliśmy i wypuściliśmy już pierwszy utwór z teledyskiem, nad którego produkcją pracowaliśmy z grafikiem, Jackiem Łuczyńskim, prawie rok. Na początku nie zdawałam sobie sprawy, że technika poklatkowa, której użyliśmy, jest aż tak pracochłonna. Ja napisałam scenariusz, a Jacek zajął się wizualizacją. 

Piszesz, grasz, śpiewasz. Co Cię kręci najbardziej w tym tworzeniu muzyki?

WK: Chyba to, że jest to coś, za co trzeba wziąć w pełni odpowiedzialność. Mam z tyłu taki dreszczyk na plecach, że wszystko, co pokazuję, kosztuje mnie całą. Tworzę swoją osobistą wypowiedź i mam możliwość konfrontacji jej z odbiorcą. W autorskim tworzeniu nie jest łatwo. Przechodzi się przez wiele trudnych momentów i etapów: od „O Boże, co ja tu robię?”, przez „Kogo to obchodzi?” aż do „A powiedzą, nie powiedzą, a jakie to ma znaczenie, skoro umiem robić tylko to”. No więc to robię, żeby nie skończyło się to dla mnie jak w tym memie, że w „dwa miesiące Marek stracił dwa miesiące”. 

Fot. Natalia Orkisz

Tworzenie, oprócz tego, że to niełatwa i nie zawsze wdzięczna praca, jest też cudowną formą ekspresji i sposobem na rozmowę z samym sobą. Zgodzisz się?

WK: Pewnie, jeżeli chcesz coś wyrazić, to musisz nauczyć się to nazywać, a to jest praca nad samym sobą. Do tego wiele satysfakcji daje konfrontacja tego, co tworzę, z innym umysłem. Rzeczy się po prostu robi, choć bywa to mega trudne. To, że żyjemy w okolicznościach globalnych, gdzie każdy może wyrazić opinię na temat wszystkiego, też ma znaczenie. Zbiorową potrzebą stało się wyrażanie opinii, zabieranie głosu, opowiadanie się po którejś ze stron. To bywa deprymujące. Ale gdy złapiemy do tego dystans, wszystko nagle staje się łatwiejsze. 

Czego byś sobie życzyła Ty – Werka w przyszłości?

WK: Chciałabym być spokojna. 

Co to znaczy?

WK: Znaczy to, że chciałabym wszystko, co wydarzy się w moim życiu, traktować jako wyzwanie lub sprawę do załatwienia i umieć odnajdywać w tym wewnętrzny spokój. Ważne, by nie rozliczać się ze sobą w kategoriach przebytych porażek, tylko umieć wyciągać wnioski ze wszystkiego, co nas spotyka. Ja też czasem żartuję o sobie, że powinnam napisać książkę „Jak zostałam porażką swojego życia” (śmiech). Myślę, że trzeba o tym mówić, szczególnie w czasie pandemii, kiedy wzrosła i tak już obecna w mojej branży niepewność. 

Pandemia też pokazała, że w ludzkości drzemie potrzeba tworzenia. Ktoś nagle został stolarzem, ktoś zaczął grać na ukulele… 

WK: Tak, czy też otworzył studio muzyczne w szafie. To prawda. Tworzenie daje siłę. 

Dziękuję za rozmowę. 

Z Weroniką Kowalską rozmawiała Patrycja Babicka. 

Patrycja Babicka

Patrycja Babicka

Zawodowo związana ze słowem pisanym – zarówno jeśli chodzi o teksty komercyjne, jak i artystyczne. Tekściarka, dramaturg, promotorka sztuk widowiskowych, copywriterka. Po 20 latach w Krakowie postanowiła spełnić swoje marzenie, porzucić miasto, zamieszkać pod lasem i stamtąd zajmować się pisaniem.