fbpx
Czas wolny

„Przynależę do wyjątkowej rodziny teatralnej” – rozmowa z Piotrem Pilitowskim

"Wujaszek Wania" w reż. M. Bogajewskiej, fot. Klaudyna Schubert
"Wujaszek Wania" w reż. M. Bogajewskiej, fot. Klaudyna Schubert

O dzieciństwie w otoczeniu artystów, drodze do aktorstwa i pracy na scenie Piotr Pilitowski, aktor filmowy, telewizyjny i teatralny, którego zobaczyć można między innymi na deskach Teatru Ludowego, opowiada w rozmowie z Patrycją Babicką. Zapraszamy do lektury wywiadu.

Pierwsze pytanie, jakie chciałabym Ci zadać, jest inspirowane zdjęciem z Twojego dzieciństwa. Jesteś na nim z siostrą, rodzicami i Piotrem Skrzyneckim. Opowiedz, jak to było wychowywać się w rodzinie z artystycznymi tradycjami, wśród bohemy artystycznej lat 60. i 70. XX wieku. Czy to było magiczne dzieciństwo?

Piotr Pilitowski: Patrząc na to z dystansu, można mówić, że było magiczne, choć z mojej ówczesnej perspektywy – zwyczajne. Oczywiście było coś ekscytującego w spotykaniu osób znanych z telewizji, czy będących luminarzami życia kulturalnego w Polsce. Jeździliśmy z rodzicami i z siostrą na wakacje do Chałup, na Helu, gdzie zjeżdżała się warszawsko-krakowska śmietanka aktorek, aktorów i reżyserów. Mieli trochę lepsze samochody, byli zachodnio ubrani, więc dla mnie jako chłopaka 8-10-letniego to było najbardziej fascynujące. A serio mówiąc, na pewno doświadczenia dzieciństwa wpłynęły na to, że poszedłem w stronę tego świata i sam zostałem aktorem. Tak jak mówisz, wizyty Piotra Skrzyneckiego czy bliska znajomość z mieszkającym za ścianą wspaniałym fotografem, Wojciechem Plewińskim i z wieloma innymi ludźmi, a także fakt, że w każdym tygodniu byłem w teatrze (na próbach, na przymiarce kostiumów mamy czy na spektaklach), na pewno w dużym stopniu mnie ukształtowały. Pamiętam, że gdy zdawałem do szkoły teatralnej, dla większości moich kolegów było to wielkie, właśnie – magiczne – doświadczenie. Byli podekscytowani tym, że teraz będziemy robić sztukę, wszystko było takie uduchowione i emocjonalne. A ja nie mogłem pojąć, o co im chodzi. Przecież to takie zwykłe rzeczy. Myślę, że zaważyło to na moim stosunku do zawodu. Owszem, miewam tak, jak reszta przedstawicieli świata teatru, co pewnie też znasz, że gdy jest premiera, to nam się wydaje, że świat stanął w miejscu i nie ma nic ważniejszego, a w efekcie ktoś, kto ogląda, albo się zaśmieje, albo zapłacze i tyle. Świat toczy się dalej. Dlatego staram się pielęgnować stosunek umiarkowanego dystansu do przedpremierowych emocji. 

Fot. archiwum prywatne Piotra Pilitowskiego

Czy w tym środowisku z dzieciństwa miałeś jakiegoś wujka czy ciocię, którzy spełniali dla Ciebie rolę idoli?

P.P.: Trudno mi kogoś wyróżnić z tamtego świata. Największą idolką mojego dzieciństwa była babcia Helena, która pomagała rodzicom w opiece nad nami. Mama jest aktorką [Maria Nowatorska – przyp. red.], a więc próba, spektakl, próba, spektakl, a tata był architektem [Jerzy Pilitowski – przyp. red.], więc pracownia, obiad, pracownia, projekty, dlatego dużo czasu spędzałem z babcią. To była nasza wielka ostoja, opoka, przyjaciółka, nauczycielka życia. A ze środowiska artystycznego w tych Chałupach, o których mówiłem, co roku spotykaliśmy się z cudownymi ludźmi – był np. pan Gustaw Lutkiewicz, wspaniały aktor i jego żona Wiesława Mazurkiewicz, również świetna aktorka, która zresztą bardzo niedawno zmarła, jakieś kilka tygodni temu… Uwielbiałem ich towarzystwo. Z ciekawych znajomych rodziców, z którymi spotykaliśmy się tylko na wakacjach, był np. ojciec Rafała Trzaskowskiego, słynny muzyk jazzowy, kompozytor i dyrygent festiwali w Sopocie – pan Andrzej. To nie były oczywiście wielkie przyjaźnie, ale pamiętam, że obserwowałem ich z dużym zainteresowaniem. Mieli w sobie coś wyjątkowego. Pamiętam też niezwykle śmiesznego aktora, Igora Śmiałowskiego. Był gwiazdą kina i typowym amantem. Bardzo przystojny i elegancki pan. Pamiętam, gdy z rodzicami byliśmy z nim na kolacji. Ja coś powiedziałem, a że miałem fatalną dykcję, zwrócił się do mnie z tą całą swoją wykwintnością w fularze: „Piotrusiu, jak to, mama aktorka, a ty tak niedbale mówisz. Piotrusiu, spójrz na mnie i powtarzaj za mną: pan mi się barrrdzo podoba” (śmiech). No i był Piotr Skrzynecki, który przechadzał się po naszym salonie z jakimś kwiatkiem i recytował poezję. Uwielbiałem też bywać u Plewińskich. Pan Wojciech był nie tylko fotografem, ale też płetwonurkiem, myśliwym, podróżnikiem, więc do jego domu wchodziło się jak do skarbnicy ciekawych przedmiotów. 

Fot. archiwum prywatne Piotra Pilitowskiego

Trudno sobie wyobrazić, by chłopiec wychowany w takim towarzystwie został kimś innym niż artystą. Nie żałowałeś nigdy, że zostałeś aktorem?

P.P.: Nie. To była najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. Zresztą wydaje się, że też jedyna możliwa. Nie chodzi o to, że byłem uwarunkowany rodzinnie, tylko o to, że słabo się uczyłem (śmiech). W liceum byłem potwornym leniem. Niektóre przedmioty oczywiście wchodziły, ale inne, ścisłe, to ledwo ciągnąłem… Zastanawiałem się więc, co mogę robić w życiu. Dużo też rysowałem i malowałem, bo po ojcu miałem do tego rękę, więc myślałem o ASP, nawet zacząłem przygotowywać teczkę. Podobała mi się też architektura, ale bałem się na egzaminach spotkać twarzą w twarz z matematyką. Myślałem też o anglistyce, ale ponieważ już znałem dobrze angielski, wydawało mi się to nudne. Dopiero w 3. klasie zrobiłem z koleżankami i kolegami z liceum szkolny kabaret i nagle dostałem od nauczycieli, którzy myśleli, że nic ze mnie nie będzie, feedback, że byłem świetny. Koledzy mówili to samo, więc pomyślałem: no to czemu nie? Dostałem się za pierwszym razem, miałem 18 lat. Ale po szkole miałem momenty zwątpienia. Byłem niedojrzałym aktorem i człowiekiem, grywałem już w Teatrze Ludowym, ale to były głównie epizody i tak mniej więcej po 5 latach od ukończenia szkoły postanowiłem coś zmienić. Postanowiłem, że zostanę stewardem nowych, już nieistniejących linii lotniczych – Delta Airlines. Pomyślałem sobie: lubię służyć ludziom, popodróżuję po świecie, poznam piękne stewardessy, będę przystojnym stewardem w mundurze. To był przełom lat 80. i 90. Pojechałem więc na casting do Warszawy, do hotelu Mariot i zdałem ten egzamin. Warunki były takie, że musiałem się przenieść do Warszawy i zrezygnować z aktorstwa. Finansowo nie była to praca bardzo atrakcyjna. Jeden kolega mnie przekonywał: „Ale wiesz, będziesz mógł handlować, przewieziesz jakiś obraz czy coś”. Zastanowiłem się więc nad tym i kompletnie nie widziałem siebie w roli przemytnika (śmiech). Dlatego wróciłem grzecznie do tego, czym się zajmowałem. I bardzo dobrze, bo pod koniec lat 90. moja kariera nabrała tempa. Zacząłem grać naprawdę ciekawe, duże role. I nigdy nie żałowałem, mimo że czasem bywa, że borykamy się z trudnościami. Szczególnie teraz. 

Fot. archiwum prywatne Piotra Pilitowskiego

Czy któraś z ról zmieniła coś radykalnie w Tobie lub w Twoim życiu? 

P.P.: Są takie role, które dały mi duży rozwój. Każda poważna rola wpływa na mnie jako aktora, czasem człowieka, ale rzeczywiście są takie, które pozwalają postawić kolejny krok w całożyciowym procesie uczenia się aktorstwa. Pierwszą rolą, która pokazała mi, że coś potrafię i dała mi pewność siebie, była postać Franza Kafki w spektaklu reżyserowanym przez mojego kolegę, Tomka Wysockiego. Kilka lat temu zagrałem też Klaudiusza w „Hamlecie” w reżyserii Krzysztofa Minkowskiego. To była pierwsza taka twarda, z krwi i kości szekspirowska, duża postać. Poczułem dzięki niej w sobie prawdziwą moc. Potem oczywiście Arnold Friedman, w „Sekretnym życiu Friedmanów” w reż. Marcina Wierzchowskiego, gdzie musiałem zmienić się nawet fizycznie. Dzięki temu spektaklowi poznałem też nowy rodzaj pracy teatralnej, którego wcześniej nie znałem, opartej na ogromnym researchu i tygodniowych improwizacjach, szukaniu postaci w nowy sposób. To metoda, z której od tamtej pory czerpię już zawsze i nadal będę czerpał. Osobiście też mocno odczułem jako mężczyzna po kryzysie wieku średniego „Hańbę” J. Coetzee`ego, też w reż. Marcina Wierzchowskiego, gdzie gram podstarzałego nauczyciela uniwersytetu, który ma swój łabędzi śpiew i doświadcza ostatnich ekscytujących zdarzeń w swoim życiu. 

“Hamlet” z Katarzyną Tlałką, fot. Sebastian Strama

A masz preferencje co do typu bohatera, którego grasz? Np. lubisz grać amanta czy czarny charakter? 

P.P.: Lubię grać ludzi złamanych przez życie, których dotyka jakieś szaleństwo, doświadczających psychicznego bólu i pognębienia, ludzi słabych i przegranych, też takich, których los potraktował brutalnie lub sami wybrali ścieżkę, która ich ściągnęła w dół, generalnie – kruchych. 

A co z komediami? 

P.P.: Uwielbiam. Gram w kilku farsach. Np. Ferrisa w „Akcie równoległym” w reż. Tadeusza Łomnickiego, takiego szalonego recepcjonistę w hotelu. Dostaliśmy za ten spektakl nagrodę Grand Prix „Talia” w zeszłym roku. Uwielbiam rozśmieszać ludzi i grać role komediowe. Zwłaszcza po premierach, które wiele mnie emocjonalnie kosztują. 

Jak jest z wchodzeniem w psychikę takiego bohatera farsy? Robisz to takimi samymi metodami, jak wtedy, gdy pracujesz nad rolą w tragedii?

P.P.: Metoda budowania postaci jest podobna, natomiast w graniu farsy zagrożeniem jest reakcja widowni. (śmiech) Chodzi mi o to, że w tym gatunku aktorom często zdarza się poddawać reakcjom widzów. Staramy się jednak, by sceniczne zachowania naszych postaci wynikały z prawdy psychologicznej. Bohaterowie farsy to żywi, prawdziwi ludzie, którzy znaleźli się w ekstremalnych sytuacjach. Dodatkowo, farsy są tak napisane, że wymagają innej sprawności i dodatkowych umiejętności – trzeba bardzo szybko myśleć, reagować i poruszać się w innym tempie – wchodzisz, łapiesz temat, akcja, wychodzisz… Ja osobiście cenię w swoim zawodzie to, że mogę grać zarówno farsy, jak i poważne sztuki. Taka różnorodność jest bardzo rozwijająca. 

Skoro jesteśmy przy tematach zabawowych, to może opowiesz jakąś swoją wpadkę na scenie. 

P.P.: Rzeczywiście bywają takie sytuacje. Mnie również się zdarzyła. To jest o tyle straszne, że wtedy spełnia się najgorszy sen aktora. Robiliśmy sztukę Yasminy Rezy „Życie: Trzy wersje” w reż. Włodzimierza Nurkowskiego. Pierwszą scenę grałem z Kasią Tlałką. Wyszedłem na scenę, powiedziałem pierwsze słowo i bach! Czarna dziura. Nie wiem kompletnie nic. Ani co mówię, ani – na jaki temat. Wpadłem w panikę czarnej dziury. Bo to działa tak, że im bardziej rozpaczliwie szukasz w odpowiedzi w czarnej dziurze, tym czarniejsza się ona robi. (śmiech) Pamiętam, że wyszedłem w kulisę z nadzieją pomocy, ale jej tam nie było. W garderobie na stoliku leżało jabłko. Wziąłem je. Kaśka była na scenie, przerażona. Wiedziała, że ja mam zacząć i nie miała pojęcia, jak mi pomóc. Wróciłem z tym jabłkiem, patrzyłem na nią, jadłem i grałem na zwłokę. Trwało to wieczność. Czyli pewnie jakieś 30 sekund. (śmiech) Inna wpadka, jaka zdarzyła mi się na scenie, była przy okazji „Krawca” Mrożka w reż. Tomasza Wysockiego. Graliśmy w duecie ze św. pamięci Darkiem Gnatowskim. Darek grał Króla barbarzyńców, a ja grałem Barbarzyńcę. On stał z tyłu, przy samym horyzoncie. Ja miałem do niego podejść, dostać od niego niby fangę w ryj. Zawsze robiłem ten numer, że się klepałem, żeby był jeszcze dźwięk ciosu, po czym dwoma koziołkami lądowałem na proscenium, tuż przed nosem widowni. Udawałem, że nastawiam sobie nos i było super. Na premierze podszedłem do Darka za blisko albo on źle wymierzył i tak mnie walnął w nos, że cały zalałem się krwią. Dograłem jakoś tę scenę, ale miałem naprawdę złamany nos. Po spektaklu moja dziewczyna podeszła do mnie i mówi: „Super ten numer z krwią, ale kolor nie za bardzo. Jakąś inną farbę musicie wziąć”. 

“Krawiec”, fot. Łukasz Woźniak, od prawej: A.Deskur, P.Dąbrowski, T.Łomnicki, D.Gnatowski i Piotr Pilitowski

Czy są jacyś reżyserzy, z którymi chciałbyś powtórzyć współpracę?

P.P.: Mam trzech takich. Marcin Wierzchowski, Marcin Wierzchowski i Marcin Wierzchowski. (śmiech) 

Dlaczego? 

P.P.: Serio mówiąc, było więcej reżyserów, z którymi praca była rozwijająca, natomiast gdybym miał wymienić jedną osobę, byłby to Marcin. Nigdy wcześniej nie pracowałem z tak kompletnym reżyserem jak on. Daje najlepsze uwagi aktorskie – takie, które otwierają w głowie kosmos możliwości. Podsuwa inspiracje, tropy. W jego spektaklach nie ma niedorobionych ról, czyli niezależnie od tego, na którym planie się gra, można być pewnym, że rola będzie przemyślana i zbudowana od początku do końca. Poza tym wszystkim porusza też tematy, które mnie interesują. Np. jeśli reżyser robi postać kosmonauty w „Solaris”, to jest tak mała rola, że posiłkujemy się podobnymi postaciami, choć nie wprost. Np. trzeba przeczytać kilka książek o himalaistach. Dlaczego o himalaistach? Bo szukamy podobnej emocjonalności, hardości ducha, przeciwieństw losu itd. Ta metoda rzeczywiście działa. Albo inny przykład – idę na wycieczkę z misją, by znaleźć informacje o swoim fikcyjnym przyjacielu ze sztuki. Odbywam tę wycieczkę, robię sto zdjęć, potem je przeglądam i wiem, gdzie jestem. A wszystko po to, by powiedzieć monolog, w którym pada zdanie „Zginął mój najlepszy przyjaciel”. Dzięki metodzie Marcina wiem dokładnie, o kim mówię. To zdanie przestaje być puste. Bo wiem, kim był mój przyjaciel, co lubił, gdzie mieszkał i jak spędzaliśmy razem czas. Oczywiście nie zawsze jest to potrzebne, ale mnie się ten sposób po prostu podoba. Jest uczciwszy i pełniejszy. 

Nad czym nowym pracowałeś w czasie roku zamkniętych teatrów, czyli w czym będziemy mogli Cię już niebawem oglądać?

P.P.: Było tego dużo. Już w pandemii dokończyliśmy „Solaris” S. Lema w reż. Marcina Wierzchowskiego. Udało nam się nawet pokazać publiczności podczas jednej z teatralnych odwilży. Pracowaliśmy także nad „Władczynią much” M. Fertacz w reż. Konrada Dworakowskiego. To bardzo ciekawy plastycznie spektakl dla młodzieży. Ale najbliższe mi jest najnowsze dziecko Teatru Ludowego, tj. „Wujaszek Wania” A. Czechowa w reż. Małgorzaty Bogajewskiej, z niezwykłą scenografią Anny Marii Kaczmarskiej i muzyką Bartłomieja Woźniaka. Pracę nad spektaklem skończyliśmy pięć dni temu. To była trudna praca, bo dwukrotnie z powodu obostrzeń musieliśmy ją przerywać. Gdy po raz trzeci ruszyliśmy do pracy, mieliśmy nadzieję, że lada dzień premiera. Niestety, decyzje naszego pożal-się-Boże rządu znów okazały się irracjonalnie sprzeczne z oczekiwaniami społeczeństwa. Otworzyły się wesela, ogródki, galerie handlowe, że o kościołach nie wspomnę, a teatr został znów uznany za „piekielne niebezpieczeństwo”, więc musimy poczekać. Nie zmienia to faktu, że to nasze nowe, kochane dziecko już się urodziło. Cieszę się z tego bardzo, bo nie tylko pierwszy raz w życiu robię Czechowa, ale też dlatego, że była to niezwykła przygoda. Tekst jest świetny, szczególnie w nowym tłumaczeniu Agnieszki Lubomiry-Piotrowskiej. 

"Wujaszek Wania" w reż. M. Bogajewskiej, fot. Klaudyna Schubert
“Wujaszek Wania” w reż. M. Bogajewskiej, fot. Klaudyna Schubert

A kogo grasz?

P.P.: Wujaszka Wanię. (śmiech) Co prawda, w tekście napisane jest, że ma 47 lat, ja mam trochę więcej, ale przyjąłem, że kiedyś ludzie się szybciej starzeli. W tej pracy odnalazłem wiele odniesień do swoich doświadczeń już dojrzałego mężczyzny: niespełniona miłość, poczucie utraconych lat itd. Bardzo dobrze współpracowało mi się z Małgorzatą Bogajewską, mimo że jest moją dyrektorką. (śmiech) Mam w tym spektaklu przestrzeń do zaprezentowania wielu aspektów swoich umiejętności, a to dla aktora zawsze jest bardzo wartościowe. U Czechowa dużo miejsca poświęca się na różne skrajne stany emocjonalne – totalne pijaństwo, ból, rozpacz, miłość, czyli mięcho dla aktora, ale również tematy niezwykle bliskie człowiekowi. Zaskakujące dla mnie też było, że moja 16-letnia córka, która miała okazję zobaczyć ten spektakl, była zachwycona. Celowo wcześniej nie pchałem jej na trudne premiery, bo nie chciałem, by się zraziła do teatru. Chodziła na farsy, spektakle muzyczne, a teraz po raz pierwszy zabrałem ją na coś poważnego. Widzę, że zrobiło to na niej wielkie wrażenie – od trzech dni nieustannie do mnie o tym mówi. Cieszę się, że mogłem ją w taki sposób poznać z klasyką. 

"Wujaszek Wania" w reż. M. Bogajewskiej, fot. Klaudyna Schubert
“Wujaszek Wania” w reż. M. Bogajewskiej, fot. Klaudyna Schubert

A pozostała obsada? Dobrze pracowało się Wam ze sobą, mimo trudnych warunków, o których wspomniałeś?

P.P.: Tak. Uwielbiam z tymi ludźmi grać. Spotkałem się znów z Piotrem Franasowiczem, z którym przez ostatnie lata ciągle pracujemy przy tych samych spektaklach. Tak się akurat złożyło. Piotr gra moich synów, kumpli i oprawców. Także znamy się jak łyse konie i mamy przetestowane na sobie już chyba wszystkie relacje. (śmiech) Maja Pankiewicz, która jest młoda, ale doskonała pod każdym względem, gra Sonię. Jest też równie wspaniała Roksana Lewak w roli Heleny. No i Kajetan Wolniewicz, z którym mam jedną dużą i ważną scenę. Z Kajtkiem też uwielbiam grać, bo jest totalnym zawodowcem i zawsze jest przekonujący. W mniejszych rolach są jeszcze Basia Szałapak, Jadwiga Lesiak, Tadzio Łomnicki i Piotr Piecha. Co ciekawe jeszcze, a czego się kompletnie nie spodziewałem, uważam, że te przerwy w pracy nad spektaklem przyniosły wspaniały skutek. Każde nowe spojrzenie były świeże, weryfikowało wcześniejszą pracę, pozwalało wyciągnąć z niej esencję. 

Jesteś w Teatrze Ludowym 33 lata. To jak druga rodzina, zgodzisz się?

P.P.: No pewnie, że tak. Ostatnio było 65-lecie Teatru Ludowego. A ja jestem w nim połowę jego historii, w co nie bardzo mogę uwierzyć. (śmiech) I jest to wspaniała druga rodzina. Gdyby ktoś mi zaproponował przeniesienie do jakiegoś wielkiego teatru, oferował wielkie pieniądze, nie poszedłbym. Zwłaszcza po ostatnim, naprawdę dobrym czasie Ludowego. Chcę jednak zaznaczyć, że ostatnia dyrekcja wiele zmieniła na plus, ale wcześniej też bywały wspaniałe spektakle. Aktorzy w większości też byli ci sami. Tylko opinia publiczna była od nas odwrócona. To się szczęśliwie zmieniło i dodało nam skrzydeł, ale będę bronić tego, że zawsze byliśmy fajni. Jestem wdzięczny moim poprzednim dyrektorom, Henrykowi Giżyckiemu, Jerzemu Fedorowiczowi i Jackowi Stramie za to, że mnie wspierali i dawali mi wiele szans na rozwój artystyczny.  

Nie brakuje Ci nowych wyzwań?

P.P.: Nie. Mam je! I życie osobiste, i teatr, wciąż dostarczają mi dużo inspirujących bodźców. Oczywiście różnie bywa, bo nawet ukochane dziecko ma swoje wady. Tak samo jest z teatrem. Nie wyobrażam sobie innego miejsca i innych ludzi. I całkowicie bez wazeliniarstwa jestem pewien, że pod względem ludzkim to miejsce jest wyjątkowe. Mam koleżanki i kolegów, pracujących w innych zespołach i znam ich doświadczenia. Można powiedzieć, że przynależę do wyjątkowej, bo niezwykle zgodnej, rodziny teatralnej. 

Ostatnie pytanie dotyczy Twojej pasji muzycznej. Podobno jesteś perkusistą?

P.P.: Tak. Gram w zespole Kurtyna Siemiradzkiego. (śmiech) Gdy byłem nastolatkiem, marzyłem, by grać w zespole rockowym. Nie było jednak okazji, by się temu poświęcić należycie. Dopiero pod koniec lat 90., gdy byłem już po trzydziestce, założyliśmy z kolegami, którzy mieli podobne marzenia, czyli z Jackiem Wojciechowskim, z Grześkiem Łukawskim, Maksem Szelęgiewiczem i Maurycym Polaskim, zespół grający covery. Wybraliśmy najgłupszą nazwę, jaka nam przyszła do głowy. Drugą nazwą, którą rozważaliśmy była The Holoubex, ale Gustaw Holoubek jeszcze żył i nie chcieliśmy go wkurzać. Co ciekawe, nauczyliśmy się grać podczas koncertów. (śmiech) Zagraliśmy ich kilkaset. Pojechaliśmy nawet w trasę na Inwazję Mocy RMF, gdzie graliśmy jako support przed Hey, Republiką, Perfectem, Budką Suflera i innymi top gwiazdami z Polski. Graliśmy też regularne koncerty w klubie Piękny Pies. To pokazało mi, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych. 

perkusja
Fot. archiwum prywatne Piotra Pilitowskiego

To na koniec – czy jako spełniony i zadowolony aktor masz jakieś przesłanie dla młodszego pokolenia twórców?

P.P.: Nie ma recepty, ale na pewno trzeba chłonąć doświadczenia, bo to rozwija. Nie powiem, że trzeba walczyć o swoje, bo ja nigdy nie potrafiłem tego robić. Trzeba robić swoje! 

Dziękuję za rozmowę. 

Z Piotrem Pilitowskim rozmawiała Patrycja Babicka. 

Patrycja Babicka

Patrycja Babicka

Zawodowo związana ze słowem pisanym – zarówno jeśli chodzi o teksty komercyjne, jak i artystyczne. Tekściarka, dramaturg, promotorka sztuk widowiskowych, copywriterka. Po 20 latach w Krakowie postanowiła spełnić swoje marzenie, porzucić miasto, zamieszkać pod lasem i stamtąd zajmować się pisaniem.